reklama

OWSIANKO

1 Following 0 Followers
15
Nastały czasy ustrojowych przemian i poczuliśmy się NARESZCIE U SIEBIE. Wstąpiliśmy do klubu państw USIŁUJĄCYCH SPRAWIAĆ WRAŻENIE - SAMODZIELNYCH, SUWERENNYCH, NIEZALEŻNYCH. Wstąpiliśmy do NATO, zamarzyła się nam UNIA EUROPEJSKA. Europa znajdująca się w stanie cywilizacyjnego rozwoju. Europa nowoczesnych OJCZYZN. Postępu, a nie - WSTECZNICTWA. UE państw specyficznych odrębności stanowiących o ich sile i znaczeniu. Chciałbym zaakcentować słowo: ODRĘBNOŚCI.



II



Zamierzałem wstąpić do Europy suwerennych państw, a wstąpiłem do Europy państw zglajchszaltowanych, ujednolicon
Read More
ych, do grona państw niczym się nie różniących, zaszczepiających swojej społeczności obce, a często - niezrozumiałe obyczaje (np. aborcja, eutanazja, małżeństwa gejów); wpisałem się do kamiennego kręgu państw szablonowych, nie dążących do osiągnięcia wyższego poziomu, dążących za to do ich unifikacji, do narzucenia norm moralnych obowiązujących WSZYSTKIE, wchodzące w skład UNII.



III



W nie tak dalekich czasach, naszym poczynaniom towarzyszyło bystre oczko Czerwonego Brata. Braciszek określał nam obiecującą przyszłość, a my nie mieliśmy nic do powiedzenia. W żadnej istotnej kwestii. Naszą rolą było kontentowanie się sprezentowaną nam smyczą, obrożą i okupacją (pocieszaliśmy się, że mamy najdłuższy łańcuch w psiarni łaskawego pana, że mamy WŁASNE pchły). Teraz jesteśmy w Unii i też, jak za Z.S.R.R., mamy SUWERENNE pchły, oraz NIEZBYWALNE PRAWO DO OBROŻY, gdyż, jak pisałem w tekście SYSTEM, nadal nie jesteśmy państwem samodzielnym, a nasza niezależność jest odmianą włażenia jej w cztery litery. Nadal nie jesteśmy krajem normalnym i do tej normalności prowadzić nas będzie droga długa, trudna i najeżona umizgami do NADBIUROKRATYCZNEJ UE).



IV



O przerostach administracyjnych w UE powiedziano już tyle, że mówienie o nich JESZCZE RAZ, byłoby nietaktem wobec inteligencji czytelnika, nie o tym więc napiszę, ale skoncentruję się na naszej NADGORLIWOŚCI. Serwilizm wobec unijnych przepisów jest zadziwiający. Przykładem są niepojmowalne trudności z prawidłowym wypełnianiem formularzy, pism z prośbami o przyznanie dotacji na określony cel. Kwestionariusze te, nie dość, że są skonstruowane nieprecyzyjnie, że są swawolnym i dowolnym owocem umysłowej produkcji naszych urzędników, to zawierają DODATKOWE zalecenia, dyrektywy NIE WYMAGANE PRZEZ UE. Toteż nie ma w tym nic osobliwego, że dotacje te są wykorzystywane w rażąco nagannym procencie, bo zanim się te papiery wypełni, mija ustalony termin ich składania i zabawa w tracenie czasu trwa dalej.



Ale już się stało, klamka zapadła i już jest po herbacie: oprócz lamentów, złorzeczeń i utyskiwań, że na własnej skórze doświadczyliśmy bliskiego spotkania ręki z nocnikiem, pozostało nam wykaraskać się z opresji, pozostało nam wierzyć, że jakieś państwo powie za nas: NIE.
8
Wykształcenie wpływa na poziom życia. Wykształcenie umożliwia zadawanie pytań, poszerza wyobraźnię, zwiększa horyzonty. Można powiedzieć w skrócie: pobudzanie w kimś chęci poznania, zaszczepianie w nim ciekawości, wrażliwości, bezustannego głodu na świat, tworzenie mu warunków do zdobywania wiedzy, jest...u c z ł o w i e c z a n i e m. Procesem nieustannego rozwoju. Nauką tolerancji wobec nieznanych zjawisk, a także wobec innych ludzi.



Tyle wstępnego marudzenia.



Zobaczmy teraz, co dzieje się z tymi, którym los odmówił szansy intelektualnego rozwoju.



Nau
Read More
ka zostaje przerwana. Z różnych powodów: z braku ciekawości, z nadmiernego lenistwa, balangowego charakteru, pychy, umysłowej apatii może.



Przestajemy interesować się dalszym kształceniem, rzucamy szkołę, mamy gdzieś studia, zaczynamy uprawiać tak zwaną samodzielność, pędzić niezależną wegetację, latać własnymi drogami. W konsekwencji rodzą się nasze problemy z otaczającą rzeczywistością.



Coś tam odczuwamy, lecz nie wiemy, co. Brak nam słów, skojarzeń, nie umiemy określić, zdefiniować swoich marzeń, tęsknot i realnych pragnień. Czegoś byśmy chcieli, lecz konkretnie czego, nie potrafimy wyrazić, nie wiemy, jak nazwać to, co widzimy, co nas boli.



To, jak postępujemy i kim jesteśmy, zależy od środowiska, w którym przebywamy. Jeżeli od urodzenia byliśmy uczeni niepoznawania innego świata, prócz świata pozorów, prócz złudzeń powstających z lęku, jeśli wegetowaliśmy pośród otaczających nas, z grubsza ciosanych przedmiotów i żyliśmy nie mając dostępu do prawdziwego piękna, to skąd mieliśmy dowiedzieć się, że obok intryg i egoizmu, istnieje subtelność i wrażliwość? Jak mamy być delikatni i kulturalni, jeśli nie wiemy, że pomiędzy tak uświęconymi

w a r t o ś c i a m i, jak fura, piwko i laski, istnieje Mozart i bywają niezrozumiałe tęsknoty?



Ale wystarczy urodzić się nie w otoczeniu awantur o pietruszkę, wystarczy móc chodzić do muzeum, widzieć na jego ścianach nie ramy i gwoździe, a obrazy i rozmawiać z ludźmi mającymi coś istotnego do przekazania, by dostrzec, jak wiele jest do nauki.



Są to jednak powody błahe, powody uaktywnione przez bezmyślność i nie o takich chciałbym tu rzec. Chciałbym tu rzec o tym, gdy te poznawcze procesy zostają przerwane r a p t o w n i e, gdy nie są spowodowane brakiem wyobraźni na własne życzenie, gdy dotykają ludzi chorych.



Choroba nie wybiera. Uderza na oślep i zmienia nas, niszczy, wywraca wszelkie nasze plany. Uczyliśmy się, mieliśmy przyjaciół, było z kim pogadać od serca i do rzeczy. W jeden dzień przestajemy chodzić gdziekolwiek, przyjaciele mają alergię na nasz widok, a szkoła jest utopią.



Zostaliśmy rencistami. Renta jest niewysoka, bo pracowaliśmy za krótko. Jest wystarczająco niska, byśmy nie mieli za co się leczyć. Ot, w sam raz taka, by utrzymać przy życiu - nieboszczyka.



Nie stać nas nie tylko na lekarstwa: są książki, są gazety, jest teatr, czasem dobry, czasem bylejaki, ale jest i zdrowi ludzie mogą do niego pójść. Mogą też pójść na wystawę, uczestniczyć w kulturalnych wydarzeniach, być na bieżąco.



Chorego to nie dotyczy. Chory nie ma żadnych praw poza prawem do rozkładu. Te, które są, są równie śmieszne, jak prawo budowlane. Jakie mamy wyjście? Odpowiadam: leżeć i czekać, aż się decydentom rozwidni od sufitem.



Przyzwyczailiśmy się do bezwładu i niektórym jest z tym dobrze. Dobrze im, jak nic się nie dzieje, jak nikt od nich niczego nie żąda. Prowadzą życie osiadłe, bagienne, wymoszczone świętym spokojem. Należą do sekty osób z lukami w edukacji, do kasty dygnitarzy - niewrażliwców. Do ludzi bez ikry.
7
Niedługo będziemy musieli czekać na upragniony sukces: wkrótce, wysiłkiem wielu układów trawiennych, nasze ukochane Mazury zmienią się w największe szambo w Europie.



Tereny leśne, obfite w zwierzynę, świeże powietrze i ciszę, zostaną wygumkowane z istnienia. Nad jeziorami pojawią się rachityczne bungalowy w stylu zakopiańskim. Tubylcy z ciupagami w jednej, a oscypkami kaszubskimi w drugiej ręce, urządzą zabłąkanym ceprom nizinnym niejedną birbancką potańcówkę na sztachety.



Niejeden piknik, biwak, lub inna wyjąca imprezka, staną się powodem ucieczki zwierząt. Zające po
Read More
chłonięte upojną drzemką pod miedzą, zostaną poddane zmorom decybelowym, a ich sielski spokój zdechnie bez odwołania.



Stare jelenie, jak przez mgłę pamiętające lepsze czasy, zmuszone do galopu w celu ucieczki przed alkoholowymi miłośnikami łona natury (lub jakiegokolwiek łona), gnać będą na oślep i szukać ratunku będą poza miejscem swojego dotychczasowego parkowania. Rejterowały do sąsiednich gmin i województw gubiąc ze strachu poroża.



Ale i w nich byli dobrzy ludzie z pałami, betoniarkami i ekologicznymi pomysłami na wykończenie matki natury, więc doszły do wniosku, ze nie da rady i że trzeba im w te pędy wyginąć.



Szuwary, tataraki, podmokłe siedliska rozćwierkanych i kumkających stworzeń, znikną. W ich miejsce zasadzi się ściernisko pod nowy bank, a bank to będzie okazały, świeżutki, pachnący przekrętami.



Nad rozlewiskiem postawi się też stację benzynową, warsztat naprawy dorożek spalinowych oraz myjnię dla czyścioszków od święta.



Jeżeli chodzi o wodę, to jest jej w bród. Można ją ściągać bezpośrednio z akwenu. Jeżeli chodzi o ścieki, to też jezioro jest niezastąpione: wszystko, co gnije, cuchnie i jest podobne do ruchomej padliny, powinno się w nim znaleźć.



Specjalne ekipy najemnych naukowców dowiodły bowiem, iż współczesne żyjątka muszą odżywiać się nieczystościami. Wykazały, że co prawda herbata sporządzona z tej wody nadaje się do wylania razem z czajnikiem, ale tym niemniej przydaje się do glansowania sztucznych szczęk.



Nasza rekreacyjna perła dewizowa dokuśtykała do pozostałych rezerwatów z naturą, dopełzła do Narodowych Pieścidełek Folderowych przedstawiających różowe obrazki chwytające za portfel czy serce, prezentujących czyste rzeki, podfiokowane tatrogóry i zabetonowane doliny do gry w golfa.



Znowu doładujemy sobie akumulatory tromtadrackiego samopoczucia i znowu udowodnimy całemu światu, że jesteśmy w czołówce państw absurdalnych.



Tłumy ciekawskich odwiedzaczy krajobrazowych zadepczą niedostępne rejony dla draki nazywane kniejami, borami i puszczami, a jakiś błyskotliwy ochroniarz środowiska dostanie premię za dewastacje przyrody i wszystkim zrobi się błogo.



Minister od ekosystemów wyda instrukcję na temat prawidłowego robienia kupki, a fachman od fetoru tysiąca jezior pozwoli na zażaglówkowanie, obdziałkowanie i zamotorówczenie całego obszaru. Co nagoni nam jeszcze większą hałastrę turystów i co przysporzy nam satysfakcji, że nie wypadliśmy sroce spod ogona i też potrafimy dbać o florcię i faunę, a w ramach troski o cudowną przyszłość, stworzy się kombinat produkujący świeże powietrze i fabrykę cyjanku dla późnego wnuka.
7
Wstęp



Powiedzmy bez minoderii, otwartym tekstem, brutalnie i po ludzku: inwalida to też człowiek, a żaden człowiek nie lubi, gdy mu się podpowiada, że oddycha się powietrzem, a nie dwutlenkiem węgla, że granat, to nie wykałaczka.



Lubi, gdy to, co mówi, jest przyjmowane z uwagą i na serio. Lubi dowiedzieć się nie o tym, że cierpi i jest nieprzepisowo dorodny, bo o tym wie bez szturchania, ale zamiast buńczucznych i wodewilowych uniesień o pomocy, którą się dla niego przewiduje za sto lat, chciałby otrzymać ją dzisiaj, chciałby pójść do czytelni, teatru, na koncert, już
Read More
, teraz, natychmiast, pójść bez odświętnej okazji swojego Dnia Solidarności z Cudakiem.



Ma dosyć traktowania go niczym zapowietrzonego raroga, który psuje ustabilizowany i rozkoszny widoczek. Pragnie pojawić się tam, gdzie chce się znaleźć, a nie tam, gdzie mu zorganizowano jubel i zawleczono na głupawą radochę.



Chce przybyć gdziekolwiek, bez obawy, że zostanie grzecznie wykopany i odwieziony do domu policyjnym beczkowozem.



Nie domaga się zdawkowej litości, tylko równych dróg, jednakowych dostępów do życia w myśl dewizy: razem ze zdrowymi, a nie na ich plecach.



Uważa, że nikt nie powinien być sam, bezradny, zdany na własne, siły. Żaden chory człowiek nie może być skazany na syzyfową walkę z biurokratycznymi wiatrakami.

Niestety. O jego losie decyduje człowiek niekompetentny, lecz kompletny. Urzędnik, który jest przekonany, że do śmierci nic mu nie będzie dolegać, że już na zawsze pozostanie sprawny. Reżyseruje mu życie według swoich wyobrażeń o szczęściu kaleki (bezduszność jest córką braku wyobraźni!).



Sądzę, że decydenci powinni przejść niedługi, a intensywny kurs obłożnego chorowania tak, jak przydarzyło się pewnemu projektantowi szpitala, którego dopadł wylew i znienacka przestał cieszyć się dobrym zdrowiem, a znalazł się w upierdliwej sytuacji warzywa. Kiedy po odzyskaniu przytomności chciał zajść do toalety, nie mógł, więc go tam zawieziono. Lecz nie do środka. Dalej musiano go przetłoczyć przez za wąskie drzwi i za wysoki próg uniemożliwiający wjazd wózkiem.



Jakżeby inaczej: zwymyślał się osobiście i gruntownie, że nie przewidział, iż przestrzeń pomiędzy łóżkami na salach powinna być dostosowana do wymiarów wózka, i, jak to ze świeżo upieczonymi nawróconymi bywa, obiecywał wszystkim naokoło, że jak się tylko wygramoli z niedołęstwa, zacznie kombinować mądrzej. Niestety, opamiętanie przyszło za późno.



By zmienić obiegowe i krzywdzące zdanie na temat inwalidy, wystarczy go poznać. Spojrzeć bez rezerwy, bojaźni, strachu. Naturalnie. Dostrzec nie opakowanie i protezowe kłopoty, ale zapatrywania i ambicje. Jego zainteresowania prawdziwym istnieniem, bogactwem i nieprzerwaną zmiennością form.



Wystarczy go zrozumieć, by przekonać się, że od zdrowych różni się tylko etykietką.



Rozwinięcie



Na wsi, w małym miasteczku, człowiek chory i to chory PRZEWLEKLE, żyje bezprawnie.



Do rzadkości należy, że jest pełnoprawnym członkiem kochającej go rodziny. Do wyjątków zaliczyć można takiego, czy taką. Przeważnie są to ludzie ukrywani, ludzie, o których mówi się wstydliwym szeptem, mówi się chyłkiem, półgębkiem, z podkulonym, roztrzęsionym wzrokiem i wyłącznie na torturach.



Co rusz dowiadujemy się, że chory, lub chora, byli trzymani w komórce na opał, w piwnicy albo drewutni, na powrozie, czy łańcuchu, że ich morzono głodem. Dla renty, dla uciszenia nieistniejącego sumienia, pozwalano im gnić.



Zakończenie



Dwa tygodnie temu zmuszony byłem wyjechać do miasta. Ostatnio nie zdarza się często, bym robił to z powodów przyjemnościowo-rekreacyjnych. Raczej odwrotnie, gdyż tak zwana pogoda nie nastraja mnie do wychodzenia gdziekolwiek; jeśli opuszczam swój gołębnik, to czynię tak NA SPECJALNE ŻĄDANIE.



Kto nie porusza się za pomocą inwalidzkiego usprzętowienia kołowatego (komercyjna nazwa mojej rikszy), ten nie wie, dlaczego czepiam się doskonałej jakości naszych dróg. Ale kto porusza się TYLKO wózkiem, ten wie, o czym tu nudzę.



Niby likwiduje się architektoniczne bariery, wprowadza udogodnienia i inwalidzie jest przeciętnie lepiej. W dużych aglomeracjach, w centralnych punktach wielkich miast, w sąsiedztwie szlaków zagranicznych turystów, w hotelach, na niektórych dworcach i w ekskluzywnych garkuchniach, silimy się na europejski sznyt, udajemy, że jesteśmy cywilizowani i wrażliwi, jak jasna cholera. Natomiast w Zadupiu Gównianym udawać nie musimy.



KONIEC
7
W dzień podobny do tego, w dzień skłaniający do pogłębionych refleksji, zaczynamy zastanawiać się nad sensem swojej wegetacji, posypujemy głowę popiołem i robimy sobie rachunek sumienia.



Rachunek jest krótki, jak ten dzień i już następnego, przystępujemy do życia według starych przyzwyczajeń. Znowu powracają w nas upojne nawyki do niefrasobliwości, znowu nie przejmujemy się NICZYM i, jak przedtem, opędzamy się od natręctwa cudzych zmartwień.

2



Umówiliśmy się, że będziemy dożywotnio zdrowi, bez przerwy młodzi, na umór szczęśliwi i wprost kwitnący.


Read More
/>A przecież jesteśmy społeczeństwem coraz starszym; to, że pierniczejemy z wiekiem, jest faktem znanym od początku świata.



W czasach faraonów, Cyncynata lub Napoleona, był to proces normalny. Jednak teraz jest inaczej, teraz staramy się nie mówić o swojej starości(mówienie o śmierci CUDZEJ, przychodzi nam z mniejszymi oporami!).



O śmierci, jako biologicznej konsekwencji naszego życia, mówimy niechętnie. Tak samo, jak o pozostałych tematach trudnych, wstydliwych, pomijanych ze strachu przed prawdą.



Staramy się nie myśleć, że zdziecinnienie może dotknąć też nas. Że i nas czeka to, przed czym się bronimy. Kurczowo, lecz nadaremnie. Co jest zabawne, no bo jak człowiek, w pełni władz umysłowych, może udawać, że nie ma czegoś, jak to coś jest?
7
W koszu na stereotypy, znalazłem ten oto stenogram. Przytaczam go i życzę zdrowia przy lekturze, a w ramach odtrutki, polecam tekst pana Kokoszkiewicza.



Owsianko





Sala była wypełniona po sufit, bo każdy chciał Go poznać. Pod ścianami ustawiono klatki z brygadami antyterrorystycznymi, w krzesłach w pobliżu estrady, znajdowały się dyby na oficjalne dziejoskryby.

Na taboretach elektrycznych posadzono ludzi trudniących się wywabianiem białych plam, a na ich kolankach drzemali ludzie dzisiejszego honoru.



Wreszcie na mównicę weszło coś skwaszonego
Read More
i to coś zapowiedziało, że niniejszym inauguruje spotkanie z mile widzianym gościem. Gdy do sali wszedł On, z przedostatniego rzędu dobiegł do niego staruszkowaty głos:



Szanowny panie Żyd. Przy czym, jak nazywam pana Żyd, to nie ma w tym słowie niczego obraźliwego. W przeciwieństwie do używanego przez pana słowa Polak. W pańskich ustach i pod pańskim piórem, Polak, to synonim kanalii.



Ale pozwoli pan, że od tej dygresji, przejdę do meritum. Otóż chciałbym, by ustosunkował się pan do problemu tak zwanego antysemityzmu.



Moim zdaniem jest to zjawisko niepokojące i wydaje mi się, że z każdym rokiem zjawisko to się nasila. Mam nawet wrażenie, że im większy dystans dzieli nas od II wojny światowej, tym więcej mamy antysemitów.



Wniosek? Im bardziej zamazują się tamte karty historii i młodym trudno ustalić, kto wtedy był wróg, a kto przyjaciel, kto mordował, a kto przed kim uciekał i dlaczego, a tak w ogóle, to po kiego grzyba gadać o tych sprawach? Kogo z młodych jeszcze to interesuje?



Jak pan sądzi, czy obecny antysemityzm nie zaowocuje kompletnym wypaczeniem znaczenia tego słowa? Czy nie uważa pan, że każdy człowiek, który ma inne poglądy, niż pan, jest narażony na przyklejenie etykietki antysemity? Wroga? Czy nie jest to z pańskiej strony za duże uproszczenie? Za duża generalizacja?



Tak samo, jak wy, byliśmy ofiarami. Polacy i Żydzi znaleźli się po tej samej stronie barykady. W innych krajach okupowanych przez III Rzeszę też były represje za pomoc udzielaną Żydom, lecz były one niewspółmierne do tych, które spotykały nasz naród.



Powiada pan, ze pisze o tym w swoich książkach i być może tak jest, lecz chodzi o równoważne rozłożenie akcentów. O zachowanie proporcji. Bo z pana tekstów wynika, że jesteśmy narodem szubrawców. Podczas gdy wiadomo, że w każdym są i kanalie i uczciwi. Więc dajmy sobie spokój z tym przebaczaniem. Pamiętajmy o zbrodniach, lecz nie róbmy z nich groteski!



Jak wiemy, jest pan za poszerzaniem ogólnoludzkiej nienawiści. Opowiada się pan za ksenofobią i uważa, że międzynarodowa wrogość do wszystkiego, co przyzwoite, a zwłaszcza, co uczciwe, oraz opluwanie porządnych ludzi, powinno być zapisane w podręcznikach do miłości bliźniego.

Lubi pan do nas przyjeżdżać, ponieważ tylko w waszym kraju nazywają pana HISTORYKIEM.



W innych krajach niewielu ludzi o panu słyszało. Przyjeżdża pan do nas nie dlatego, by mówić, jak było naprawdę, ale po to, by usłyszeć od was kolejne durne przeprosiny.



Tu, u nas, jest pan szanowany i przyjmowany z rewerencjami, prawie na klęczkach. W pozostałych krajach jest pan sprzedawczyk swojego narodu i historyczna łajza, a tu, wszystko, co pan powie, uważane jest za niepodważalną prawdę. Za oczywistą oczywistość.



Co prawda jestem świadkiem tamtych wydarzeń, ale ludzi pamiętających Holocaust jest już coraz mniej. Biologia, drogi panie, sprawia, że poprzednia rzeczywistość staje się fikcją, a fikcja, z którą się pan tu przywlókł, ubiera się w szaty rzeczywistości.



Rodzą się nowi, znający TEN PROBLEM wyłącznie z historii, a starych - ubywa. Ubywa takich, jak ja, pamiętających, kto rozpętał wojnę, kto kogo mordował i wypędzał, zatem już wkrótce będzie pan mógł zasadzić Hitlerowi drzewko.





"Życie w słoiku"





Irena Sendlerowa stała się osobą powszechnie znaną stosunkowo niedawno. Tytułem Sprawiedliwy Wśród Narodów Świata została przecież uhonorowana już w 1965 roku, a swoje drzewko w Lesie Sprawiedliwych zasadziła ćwierć wieku temu.



Można jakoś wytłumaczyć jej anonimowość w czasach PRL. Jako członkini i działaczka Polskiego Państwa Podziemnego mogła wtedy liczyć jedynie na szykany władz i anonimowość.



Co jednak stało się po 1989 roku? Dlaczego jej wspaniałe życie, odwaga i poświęcenie w niesieniu pomocy żydowskim dzieciom dalej pozostawały nieznane w wolnej Polsce?

Co się w końcu stało takiego, że wielka bohaterka wyszła z cienia?



Czy stało się to dzięki wszechpotężnemu tropiącemu antysemityzm środowisku Gazety Wyborczej? A może jej postać przywrócił pamięci Władysław Bartoszewski, honorowy obywatel Izraela i człowiek kreowany na największego przyjaciela Żydów i bohatera w niesieniu im pomocy podczas okupacji niemieckiej?



Czym kierował się Pan "profesor" w czasach, kiedy "Żegota" to był Bartoszewski, a Bartoszewski to była "Żegota"?



Jedni sądzą, że to pycha i próżność, inni, że zwykły przypadek.



Jak to się stało, że podrzędny członek "Żegoty" zbierał nagrody i hołdy na całym świecie, a szefowa referatu do spraw dzieci tej tajnej organizacji, żyła skromnie, w zapomnieniu, z dala od kamer i błysku fleszy?



Pewnie do dziś by się to nie zmieniło gdyby nie amerykański nauczyciel Norman Conrad i jego uczniowie. To oni dotarli do życiorysu bohaterskiej Polki i w maleńkim jak na USA Kansas City stworzyli w 1999 roku widowisko teatralne pod tytułem "Life in a Jar" (Życie w słoiku).



Tytuł nawiązywał do sposobu, w jaki Irena Sendlerowa przechowywała dane o ratowanych dzieciach. Były to wąskie paski papieru z przybranymi i prawdziwymi nazwiskami dzieci żydowskich, umieszczane w słoikach i zakopywane pod drzewem w ogrodzie.



Przedstawienie przerodziło się z czasem w duży projekt, który zdobył olbrzymi rozgłos w USA. Powstała również fundacja "Life in a Jar" promująca postawę i bohaterstwo Ireny Sendler.



Wystawiana w USA ponad 200 razy sztuka zawędrowała w końcu nad Wisłę i w XXI wieku Polacy dzięki amerykańskiej młodzieży dowiedzieli się powszechnie o istnieniu bohaterskiej rodaczki.



Zapakowanie Ireny Sendlerowej do słoika na tyle lat nie było przypadkowe. Jej postać nijak nie pasowała do lansowanego przez środowisko GW wizerunku Polski zwierzęco antysemickiej. Przecież według dr Aliny Całej z Żydowskiego Instytutu Historycznego Zofia Kossak Szczucka, twórczyni i założycielka "Żegoty", to również antysemitka.



Propagowanie polskiej bohaterki, która uratowała 2500 najbiedniejszych żydowskich dzieci z getta musiałoby rodzić niewygodne pytania. Przecież w tak szeroko zakrojonej akcji musiały brać bezinteresowny udział polskie rodziny, księża, zakony i to na dużą skalę. Polscy obywatele musieli przecież brać udział w akcji zbiórki pieniędzy, skoro na utrzymanie każdego dziecka przekazywane było 500 złotych miesięcznie.



Każde wykrycie takiej pomocy to natychmiastowa śmierć z rak niemieckiego okupanta.



Nie da się ukryć, że działalność Ireny Sendlerowej burzyłaby misterny plan tropicieli polskiego antysemityzmu wśród polskich obywateli i w polskim Kościele. Dziś Pani Irena jest obwieszana medalami i orderami. Była nawet kandydatką do pokojowego Nobla.



Nic jednak nie usprawiedliwia nas wszystkich z tego, że jako rodacy pozwoliliśmy na jej "Życie w słoiku" przez długie lata i tego, że pozwalamy niektórym środowiskom na opluwanie nas i fałszowanie naszej wspólnej historii.



Wypada tylko ze wstydem zwiesić głowę.



Mirek Kokoszkiewicz



http://www.prawica.net/node/10314
7
Dbamy o siebie tyle, co nic. Leczymy się incydentalnie. Ruszamy się niewiele. Przeważnie siedzimy. Jeżeli stoimy, to tylko w korkach.



W pracy odwalamy robotę przyspawani do dwóch urządzeń: krzesła i komputera. Po pracy jedziemy do domu. W domu siadamy przed telewizorem i czekamy na obiadzik.



W przerwie na rozruch pudła z nowinami, bierzemy z lodówki zgniłą wodę nazwaną pepsi oraz na przekąskę - nędzne kilo frytek z patelni.



Po godzinie rajskiego tycia przed ekranem, stara do garów wnosi talerz ociekający cholesterolem i z kanapy przemieszczamy się na
Read More
krzesełko przy stole. Telewizor ma wygódkę w postaci pilota i nie musimy odrywać się od ukochanej kiełbaski, by zastąpić program o diecie - cud, programem o kurczakach z ropy naftowej.



Okno w pokoju mamy szczelnie zamknięte, bo słyszeliśmy w reklamie, że zepsute powietrze ma niszczący wpływ na frekwencję naszych wągrów, a cyrkulacja zaduchu zlikwiduje nam hemoroidy.



Po szczęśliwym pochłonięciu półmetrowej kiełbasy podlanej piwem, wracamy do ulubionej pozycji brzucha wycelowanego w sufit.



Po pierwszym beknięciu, patrząc na świat najedzonym okiem, zapadamy w błogi sen o świątecznej golonce po meksykańsku.



We śnie widzimy dwie tłuste i rozjuszone gicze cielęce walczące o widelec. Widelec wpadł po zęby w słoik z musztardą. Rozlega się jego rozpaczliwe wycie i budzimy cię zlani potem. By się otrząsnąć z koszmaru, przesiadamy się do komputera.



Fotelik jest mięciutki, obrotowy i dopasowany do zwiotczałego tyłka. Maszyna burczy, warczy i gwiżdże na nas, lecz jej ekran poczyna uwodzicielsko mrugać dając nam sygnał, że jeszcze żyje. Przystępujemy więc do relaksu.



Relaks nazywa się zażartą grą w coś o nic. Gra jest formą gimnastyki palca średniego. Pozostałe mają wolne.



Korzystamy, że nasze dzieciątko poszło na balangę i zaczynamy ujeżdżać.



Znajdujemy się w kartonie Pana Smoka i naszym zadaniem jest skasować mu trzy wredne głowy broniące skarbu.



Ochoczo rzucamy się do tej herkulesowej pracy. Nic to, że mamy zadyszkę i wszystkie możliwe kolki naraz. Przy elektronicznym bydlaku czujemy się wysportowanymi gladiatorami zdolnymi do niejednej krucjaty. Toteż z krzepkim jazgotem pomylonego Tarzana wyruszamy na wojnę z bajkowym niegodziwcem.



A po drodze przygód mamy w bród. Co chwilę zza węgla jakiegoś korytarza wyskakuje barczysty opętaniec z laserowym mieczem i albo się go wymiksuje do niebytu, albo gra zaczyna się od początku.



W ten sposób odpoczywamy przed pójściem do łóżka. Idziemy spać, bo pociecha wróciła z imprezki i chce dosiąść komputera, ale przed snem należy przegryźć małe co nieco. By nie budzić karaluchów, na zadartych paluszkach wsuwamy się do kuchni i zaglądamy do wnętrza lodówki.



A tam specjały, cymesy, przepychy, całe stosy kalorii, istne rozpusty i orgie smakowe! Aż strach, że tyle dobra ominie nasz przełyk, że wszystkie te słoiki, puszki i torebki nie trafią na nasz język, że nie zaczniemy ich gryźć, szarpać i rozdzierać na sztuki, bo z przerażeniem stwierdzamy, ze razem z dzisiejszą kiełbaską połknęliśmy ostatni ząb.



A ząb to był zasłużony, bo ząb mądrości! Jeszcze niejedno mięsko mógłby drasnąć, cóż, kiedy nie chciało się nam pójść do sadysty od leczenia kłów.



Szukamy winnych naszych ubytków i znajdujemy: to te słodkości, pyszotki, batony i desery pozbawiły nas szczerego uśmiechu, wymiotły z twarzy grymas wiecznego zadowolenia i dały w zamian uśmiech ponurego żula.



Często zdarza mi się widzieć człowieka objedzonego. Biedak nie ma już siły na żarcie czegokolwiek, jest po uszy zapchany jedzonkiem co najmniej na tydzień i leży jak pyton z antylopą w żołądku. Leży gnuśniejąc żałośnie, męcząc się trawieniem, ale do czasu. Do momentu, gdy znowu poczuje się głodny i gdy znowu zapragnie wziąć coś na ząb.



Nałóg ten prowadzi do otłuszczenia pompki, tubalnych wiatrów w filharmonii, ospałego samopoczucia i wahadłowych nastrojów.



Facet z puszystą aparycją, pojedynczy otyły przypadający na hektar szkieletorów, jest to problem mało szkodliwy społecznie. Robi się jednak niewesoło, gdy na jednym hektarze nieruchawych grubasów jest tysiąc.





Marek Jastrząb
7
Każdy z nas, gdy otwiera oczy i wstaje lewą nogą z łóżka, uświadamia sobie, gdzie jest, kim jest, co go czeka. I ogarnia go rezygnacja; jak mokra ścierka, oblepia mu świat, a wszystko jest spocone, przerażone i nie ma końca.



Zostaliśmy nauczeni pesymizmu. Do perfekcji opanowaliśmy wygodną sztukę poddawania się. Ucieczka, chowanie głowy w piach, to nasze metody ratunku, nasze chwytania się brzytwy.



Obezwładnia nas, paraliżuje świadomość bezsensu podejmowania walki. Przekonanie, że niczego robić warto, nie ma z kim, że to daremny trud.



Każdy z nas chętnie
Read More
by coś w tym swoim życiu zmienił na lepsze, każdy by był za jakąś normalnością, ale nie lubimy wybiegać przed orkiestrę, wyrywać się z przedwczesnym entuzjazmem, wolimy przyjść na gotowe, i ustalone, życzymy sobie dołączyć do tłumu, a nie do garstki, bo dołączyć się bez pewności zwycięstwa, to dla wielu z nas zbyt wielkie ryzyko.



Czekamy na sygnał, na znak. Lecz znak da późny wnuk dopiero.

...każdy z nas jest jak gdyby patriotą (jakkolwiek są i tacy, co sądzą, że bycie patriotą w czasach dzisiejszych, równoznaczne jest z byciem idiotą).