reklama

OWSIANKO

1 Following 0 Followers
15
Nastały czasy ustrojowych przemian i poczuliśmy się NARESZCIE U SIEBIE. Wstąpiliśmy do klubu państw USIŁUJĄCYCH SPRAWIAĆ WRAŻENIE - SAMODZIELNYCH, SUWERENNYCH, NIEZALEŻNYCH. Wstąpiliśmy do NATO, zamarzyła się nam UNIA EUROPEJSKA. Europa znajdująca się w stanie cywilizacyjnego rozwoju. Europa nowoczesnych OJCZYZN. Postępu, a nie - WSTECZNICTWA. UE państw specyficznych odrębności stanowiących o ich sile i znaczeniu. Chciałbym zaakcentować słowo: ODRĘBNOŚCI.



II



Zamierzałem wstąpić do Europy suwerennych państw, a wstąpiłem do Europy państw zglajchszaltowanych, ujednolicon
Read More
ych, do grona państw niczym się nie różniących, zaszczepiających swojej społeczności obce, a często - niezrozumiałe obyczaje (np. aborcja, eutanazja, małżeństwa gejów); wpisałem się do kamiennego kręgu państw szablonowych, nie dążących do osiągnięcia wyższego poziomu, dążących za to do ich unifikacji, do narzucenia norm moralnych obowiązujących WSZYSTKIE, wchodzące w skład UNII.



III



W nie tak dalekich czasach, naszym poczynaniom towarzyszyło bystre oczko Czerwonego Brata. Braciszek określał nam obiecującą przyszłość, a my nie mieliśmy nic do powiedzenia. W żadnej istotnej kwestii. Naszą rolą było kontentowanie się sprezentowaną nam smyczą, obrożą i okupacją (pocieszaliśmy się, że mamy najdłuższy łańcuch w psiarni łaskawego pana, że mamy WŁASNE pchły). Teraz jesteśmy w Unii i też, jak za Z.S.R.R., mamy SUWERENNE pchły, oraz NIEZBYWALNE PRAWO DO OBROŻY, gdyż, jak pisałem w tekście SYSTEM, nadal nie jesteśmy państwem samodzielnym, a nasza niezależność jest odmianą włażenia jej w cztery litery. Nadal nie jesteśmy krajem normalnym i do tej normalności prowadzić nas będzie droga długa, trudna i najeżona umizgami do NADBIUROKRATYCZNEJ UE).



IV



O przerostach administracyjnych w UE powiedziano już tyle, że mówienie o nich JESZCZE RAZ, byłoby nietaktem wobec inteligencji czytelnika, nie o tym więc napiszę, ale skoncentruję się na naszej NADGORLIWOŚCI. Serwilizm wobec unijnych przepisów jest zadziwiający. Przykładem są niepojmowalne trudności z prawidłowym wypełnianiem formularzy, pism z prośbami o przyznanie dotacji na określony cel. Kwestionariusze te, nie dość, że są skonstruowane nieprecyzyjnie, że są swawolnym i dowolnym owocem umysłowej produkcji naszych urzędników, to zawierają DODATKOWE zalecenia, dyrektywy NIE WYMAGANE PRZEZ UE. Toteż nie ma w tym nic osobliwego, że dotacje te są wykorzystywane w rażąco nagannym procencie, bo zanim się te papiery wypełni, mija ustalony termin ich składania i zabawa w tracenie czasu trwa dalej.



Ale już się stało, klamka zapadła i już jest po herbacie: oprócz lamentów, złorzeczeń i utyskiwań, że na własnej skórze doświadczyliśmy bliskiego spotkania ręki z nocnikiem, pozostało nam wykaraskać się z opresji, pozostało nam wierzyć, że jakieś państwo powie za nas: NIE.
7
Wstęp



Powiedzmy bez minoderii, otwartym tekstem, brutalnie i po ludzku: inwalida to też człowiek, a żaden człowiek nie lubi, gdy mu się podpowiada, że oddycha się powietrzem, a nie dwutlenkiem węgla, że granat, to nie wykałaczka.



Lubi, gdy to, co mówi, jest przyjmowane z uwagą i na serio. Lubi dowiedzieć się nie o tym, że cierpi i jest nieprzepisowo dorodny, bo o tym wie bez szturchania, ale zamiast buńczucznych i wodewilowych uniesień o pomocy, którą się dla niego przewiduje za sto lat, chciałby otrzymać ją dzisiaj, chciałby pójść do czytelni, teatru, na koncert, już
Read More
, teraz, natychmiast, pójść bez odświętnej okazji swojego Dnia Solidarności z Cudakiem.



Ma dosyć traktowania go niczym zapowietrzonego raroga, który psuje ustabilizowany i rozkoszny widoczek. Pragnie pojawić się tam, gdzie chce się znaleźć, a nie tam, gdzie mu zorganizowano jubel i zawleczono na głupawą radochę.



Chce przybyć gdziekolwiek, bez obawy, że zostanie grzecznie wykopany i odwieziony do domu policyjnym beczkowozem.



Nie domaga się zdawkowej litości, tylko równych dróg, jednakowych dostępów do życia w myśl dewizy: razem ze zdrowymi, a nie na ich plecach.



Uważa, że nikt nie powinien być sam, bezradny, zdany na własne, siły. Żaden chory człowiek nie może być skazany na syzyfową walkę z biurokratycznymi wiatrakami.

Niestety. O jego losie decyduje człowiek niekompetentny, lecz kompletny. Urzędnik, który jest przekonany, że do śmierci nic mu nie będzie dolegać, że już na zawsze pozostanie sprawny. Reżyseruje mu życie według swoich wyobrażeń o szczęściu kaleki (bezduszność jest córką braku wyobraźni!).



Sądzę, że decydenci powinni przejść niedługi, a intensywny kurs obłożnego chorowania tak, jak przydarzyło się pewnemu projektantowi szpitala, którego dopadł wylew i znienacka przestał cieszyć się dobrym zdrowiem, a znalazł się w upierdliwej sytuacji warzywa. Kiedy po odzyskaniu przytomności chciał zajść do toalety, nie mógł, więc go tam zawieziono. Lecz nie do środka. Dalej musiano go przetłoczyć przez za wąskie drzwi i za wysoki próg uniemożliwiający wjazd wózkiem.



Jakżeby inaczej: zwymyślał się osobiście i gruntownie, że nie przewidział, iż przestrzeń pomiędzy łóżkami na salach powinna być dostosowana do wymiarów wózka, i, jak to ze świeżo upieczonymi nawróconymi bywa, obiecywał wszystkim naokoło, że jak się tylko wygramoli z niedołęstwa, zacznie kombinować mądrzej. Niestety, opamiętanie przyszło za późno.



By zmienić obiegowe i krzywdzące zdanie na temat inwalidy, wystarczy go poznać. Spojrzeć bez rezerwy, bojaźni, strachu. Naturalnie. Dostrzec nie opakowanie i protezowe kłopoty, ale zapatrywania i ambicje. Jego zainteresowania prawdziwym istnieniem, bogactwem i nieprzerwaną zmiennością form.



Wystarczy go zrozumieć, by przekonać się, że od zdrowych różni się tylko etykietką.



Rozwinięcie



Na wsi, w małym miasteczku, człowiek chory i to chory PRZEWLEKLE, żyje bezprawnie.



Do rzadkości należy, że jest pełnoprawnym członkiem kochającej go rodziny. Do wyjątków zaliczyć można takiego, czy taką. Przeważnie są to ludzie ukrywani, ludzie, o których mówi się wstydliwym szeptem, mówi się chyłkiem, półgębkiem, z podkulonym, roztrzęsionym wzrokiem i wyłącznie na torturach.



Co rusz dowiadujemy się, że chory, lub chora, byli trzymani w komórce na opał, w piwnicy albo drewutni, na powrozie, czy łańcuchu, że ich morzono głodem. Dla renty, dla uciszenia nieistniejącego sumienia, pozwalano im gnić.



Zakończenie



Dwa tygodnie temu zmuszony byłem wyjechać do miasta. Ostatnio nie zdarza się często, bym robił to z powodów przyjemnościowo-rekreacyjnych. Raczej odwrotnie, gdyż tak zwana pogoda nie nastraja mnie do wychodzenia gdziekolwiek; jeśli opuszczam swój gołębnik, to czynię tak NA SPECJALNE ŻĄDANIE.



Kto nie porusza się za pomocą inwalidzkiego usprzętowienia kołowatego (komercyjna nazwa mojej rikszy), ten nie wie, dlaczego czepiam się doskonałej jakości naszych dróg. Ale kto porusza się TYLKO wózkiem, ten wie, o czym tu nudzę.



Niby likwiduje się architektoniczne bariery, wprowadza udogodnienia i inwalidzie jest przeciętnie lepiej. W dużych aglomeracjach, w centralnych punktach wielkich miast, w sąsiedztwie szlaków zagranicznych turystów, w hotelach, na niektórych dworcach i w ekskluzywnych garkuchniach, silimy się na europejski sznyt, udajemy, że jesteśmy cywilizowani i wrażliwi, jak jasna cholera. Natomiast w Zadupiu Gównianym udawać nie musimy.



KONIEC
7
Niedługo będziemy musieli czekać na upragniony sukces: wkrótce, wysiłkiem wielu układów trawiennych, nasze ukochane Mazury zmienią się w największe szambo w Europie.



Tereny leśne, obfite w zwierzynę, świeże powietrze i ciszę, zostaną wygumkowane z istnienia. Nad jeziorami pojawią się rachityczne bungalowy w stylu zakopiańskim. Tubylcy z ciupagami w jednej, a oscypkami kaszubskimi w drugiej ręce, urządzą zabłąkanym ceprom nizinnym niejedną birbancką potańcówkę na sztachety.



Niejeden piknik, biwak, lub inna wyjąca imprezka, staną się powodem ucieczki zwierząt. Zające po
Read More
chłonięte upojną drzemką pod miedzą, zostaną poddane zmorom decybelowym, a ich sielski spokój zdechnie bez odwołania.



Stare jelenie, jak przez mgłę pamiętające lepsze czasy, zmuszone do galopu w celu ucieczki przed alkoholowymi miłośnikami łona natury (lub jakiegokolwiek łona), gnać będą na oślep i szukać ratunku będą poza miejscem swojego dotychczasowego parkowania. Rejterowały do sąsiednich gmin i województw gubiąc ze strachu poroża.



Ale i w nich byli dobrzy ludzie z pałami, betoniarkami i ekologicznymi pomysłami na wykończenie matki natury, więc doszły do wniosku, ze nie da rady i że trzeba im w te pędy wyginąć.



Szuwary, tataraki, podmokłe siedliska rozćwierkanych i kumkających stworzeń, znikną. W ich miejsce zasadzi się ściernisko pod nowy bank, a bank to będzie okazały, świeżutki, pachnący przekrętami.



Nad rozlewiskiem postawi się też stację benzynową, warsztat naprawy dorożek spalinowych oraz myjnię dla czyścioszków od święta.



Jeżeli chodzi o wodę, to jest jej w bród. Można ją ściągać bezpośrednio z akwenu. Jeżeli chodzi o ścieki, to też jezioro jest niezastąpione: wszystko, co gnije, cuchnie i jest podobne do ruchomej padliny, powinno się w nim znaleźć.



Specjalne ekipy najemnych naukowców dowiodły bowiem, iż współczesne żyjątka muszą odżywiać się nieczystościami. Wykazały, że co prawda herbata sporządzona z tej wody nadaje się do wylania razem z czajnikiem, ale tym niemniej przydaje się do glansowania sztucznych szczęk.



Nasza rekreacyjna perła dewizowa dokuśtykała do pozostałych rezerwatów z naturą, dopełzła do Narodowych Pieścidełek Folderowych przedstawiających różowe obrazki chwytające za portfel czy serce, prezentujących czyste rzeki, podfiokowane tatrogóry i zabetonowane doliny do gry w golfa.



Znowu doładujemy sobie akumulatory tromtadrackiego samopoczucia i znowu udowodnimy całemu światu, że jesteśmy w czołówce państw absurdalnych.



Tłumy ciekawskich odwiedzaczy krajobrazowych zadepczą niedostępne rejony dla draki nazywane kniejami, borami i puszczami, a jakiś błyskotliwy ochroniarz środowiska dostanie premię za dewastacje przyrody i wszystkim zrobi się błogo.



Minister od ekosystemów wyda instrukcję na temat prawidłowego robienia kupki, a fachman od fetoru tysiąca jezior pozwoli na zażaglówkowanie, obdziałkowanie i zamotorówczenie całego obszaru. Co nagoni nam jeszcze większą hałastrę turystów i co przysporzy nam satysfakcji, że nie wypadliśmy sroce spod ogona i też potrafimy dbać o florcię i faunę, a w ramach troski o cudowną przyszłość, stworzy się kombinat produkujący świeże powietrze i fabrykę cyjanku dla późnego wnuka.
6
Coraz bardziej przemawia do mnie cyniczne pytanie o sensowność podejmowania jakiegokolwiek działania, że się tak po grafomańsku wyrażę. Pytanie to mniej więcej tak brzmi: "co prawda można CUŚ zrobić, ale po jaką cholerę mamy wyrywać sobie rękawy od kamizelki?"



Po kiego mamy zadzierać z silniejszym od siebie? Na ten przykład z Chinami? Po kiego mamy narażać się na kopa w krzyż? Niech sobie niszczą ten głupi Tybet. A Chincyki niech sobie będą barbarzyńcami, jak już tak bardzo chcą.



Co nam do tego! Co nam do egzekucji, handlu organami, PRAW ĹšÓŁTKA i innych drobiazgów,
Read More
skoro tak galancie można się z nimi dogadać w języku merkantylnym!



Na tego rodzaju chwytach, kruczkach, czy francowatych wybiegach pozwalających nam na poprawne istnienie, upływa życie i mija Historia.
6
Kto wie, czy umiałbym być zdrowym po tylu latach? Od nowa przystosowywać się do życia bez przeszkód? Do świadomości, że mogę wykonać to, czego nie potrafiłem przez lata? Iść ulicą nie bojąc się upadku? Stanąć w szczerym polu nie szukając oparcia? Powtórnie wykształcić w sobie zapomniane zachowania i prawidłowe nawyki? Przewalczyć rutynę, obawy i przyzwyczajenia?



Przez okres nieprzerwanej choroby oduczyłem się życia pośród szarej codzienności. Teraz każda czynność wymaga ode mnie precyzji, koncentracji, zharmonizowania faktycznego ruchu ciała z ruchem opartym na jego wyobrażeniu.
Read More




Przedtem byłem zadbanym pedantem. Przedtem rzeczy, których używałem, miały swoje miejsce. Teraz nie mam siły na to, by je tam odłożyć. Dano mi rentę, nie chodziłem więc do pracy, nie stykałem się z ludźmi zajętymi użeraniem się ze zwykłymi problemami, z tym, za co przetrwać do wypłaty, co włożyć do gara, z czego zapłacić czynsz. W zamian mogłem cieszyć się nieustannie podłym zdrowiem, latać po przychodniach, czepiać się nadziei na cud.



A w przerwach pomiędzy pobytami w szpitalach, sanatoriach i u znachorów, świtem lub nocami mogłem uczyć się, czytać, jeździć palcem po mapie, podróżować po tych miejscach, do których nie pojadę nigdy.



I w takich chwilach uświadamiałem sobie, że mam szczęście. Moi znajomi ze szpitala, chorzy na to samo, już od dawna nie wstawali z barłogu, podczas gdy ja hopsałem po całej sali i wszędzie było mnie pełno, wszędzie był nadmiar mojej obecności, na korytarzu, w dyżurce, w innych salach.



Patrzyli na mnie z zazdrością, a wieczorami zwierzali się, że nie czytają, bo nie potrafią skupić się na jednym rządku liter. Podobnie z oglądaniem telewizji. Skarżyli się, że litery i obrazy są płynne, oleiste, zamazane. Więc gdzie mi do nich, jak mogłem przypuszczać, że jestem do nich podobny? Przecież moje cierpienia były niczym, były błahostkami w porównaniu z ich.
6
Nadchodzi dzień, gdy kończą się igrzyska i opada wyborczy kurz. Panowie dzidziusiowie z partyjnych list, oblizując się na myśl o dietach i służbowych t u ł a c z k a c h po Unii, przymierzają się do zasiadania, piastowania i pełnienia.

Nowa władza drapie się na świeczniki, postumenty lub piedestały, z zadowoleniem wierci się na fotelach, stołkach i taboretach, wsiada do limuzyn z osobistym woźnicą i przejmuje zdobyczne gabinety, i odbiera od podwładnych - hołdy (w akompaniamencie wazeliniarskich piruetów).

Zaczyna się twarda HARÓWKA dla Ojczyzny: jej pierwszy etap, to zapoznawanie
Read More
się z zakresem przywilejów, wypłacanie sobie odszkodowań za zwycięstwo w wyborach i upragniona demolka poprzedniej ekipy; kierownicy przestają nimi być, a funkcje sprawowane przez teścia dygnitarza z przegranej drużyny, przejmuje teść dygnitarza ze stada zwycięskiej.

Katorżnicza orka polega na zamianie stryjka na kijek, czyli na zastąpieniu poprzednich nieudaczników, nieudacznikami WŁAŚCIWYMI.

I od tej pory styl sprawowania władzy polega na popełnianiu tych samych błędów, co poprzednicy, tyle że z bezkonferencyjnym uśmiechem.

Rozpoczyna się reorganizacja wyposażenia SIEDZIBY.

W odstawkę idzie palma wycierająca sufit, znikają skórzane kanapy w kolorze PiS i zastąpione są kanapami w ugodowym kolorze PO.

Kossak wędruje do utylizacji, a na ścianę wjeżdża Malczewski. Dywan w podsłuchowe prążki przechodzi do historii, a na jego miejscu zjawia się dywan w koalicyjne ciapki.

Ps.

I w Sejmie i po ministerialnych pieczarach i po kancelarii pełniącej funkcję magazynu na kompleksy, wkrótce rozlegnie się płacz i zafrasowane zgrzytanie dziąseł, a z gabinetów i piaskownic, spod nowych wiaderek i szufelek, wydobędzie się chóralny pisk struchlałej dziatwy: CO STANIE SIĘ Z POLSKĄ, GDY NAS ZABRAKNIE?



Marek Jastrząb
6
Babcia zwana Drypcią, mieszkała w pobliżu setnego supermarketu w tej dzielnicy.



Tu szanowne państwo zapozna się z lokalizacją niniejszego horroru: była to dzielnica zagracona budynkami do wyburzenia w tempie natychmiastowym. Tam i sam, w szczelinach pomiędzy jednorodzinnymi kartonami, walały się przygnębione ogródki działkowe.



Babcia, jak to zabytek klasy unikalnej, żyła sobie po cichutku, bezszmerowo, nikomu nie wchodząc na odcisk, była więc globalnie lubiana i żyła sobie otoczona niezmordowaną troską.



Co rusz ktoś się nad nią pochylał i mówił, że trze
Read More
ba jej pomóc.



Powoli mówienie o pomocy dla babci, Drypci stało się regułą. Można powiedzieć, że do dobrego tonu należało podniosłe wyrażanie się o niej. Doszło do tego, że kto chciał być zatrudniony w ośrodku pomocy społecznej, musiał przynieść na rozmowę kwalifikacyjną jakiś szczegółowy plan podnoszenia Drypci na duchu, musiał przywlec się z jakąś dowartościowującą KONCEPCJĄ.



Z czasem babcia przestała być babcią potoczną, zwykłą starowinką utytłaną w szare, codzienne problemy nie do rozwiązania. Zaczęła być DRYPCIĄ SYMBOLICZNĄ, babcią hasłową, statystyczną, zbiorową. Mówiąc: DRYPCIA, myślano: EMERYTKA, RENCISTKA, baba-sztandar, baba-logo.



O emerytkach, rencistkach i innych przewlekle żywych, myślano najchętniej podczas ich pogrzebów. Ale zdarzało się, że mogły usłyszeć o sobie i za życia. Raz do roku, a niekiedy raz na parę lat, rewaloryzowano im portfeliki i raz na jakiś czas w szklanym okienku pojawiał się smutny obwieś z ZUS-u i wygłaszał orędzie o dwuzłotowej podwyżce.



PS. pamiętajcie o tym, że słabosilny i niebogaty weteran choroby, to TEŻ człowiek!
6
Kiedy przed laty zaczynałem pracę nad utworzeniem Stowarzyszenia SM, jedną z pierwszych informacji uzyskanych od czynników oficjalnych", było stwierdzenie, że Bydgoszcz należy do miejsc szczególnie podatnych na występowanie zwiększonej liczby chorych neurologicznie i że z powodu braku środków, nie prowadzi się badań endemicznych.



Już wtedy lekarze mówili o czterech tysiącach ludzi chorych na SM.



Gdy po latach docierają do mnie narzekania na te same badawczych zaniedbania i gdy wysuwany jest ten sam powód (brak środków), zaczynam wątpić w ekonomiczny rozsądek naszych w
Read More
ładz.



Od lat nic się w tym zakresie nie zmienia. Problem dotyka nie tylko chorych na SM. W tej samej sytuacji znajdują się reumatycy, cukrzycy, padaczkowcy, głusi czy niewidomi.

Unia wytyka nam niechlujstwo w nieracjonalnym leczeniu i ma słuszność: rozpoznanie patologicznego zjawiska decyduje o skuteczności terapii.



Narzekania na bezustanny brak środków, odwieczne apele o zaciskanie pasa, powoływanie się na dziury budżetowe i ubogie państwo, nie wytrzymują krytyki i są śmieszne, gdy widzi się, że jednocześnie stać nas na ponoszenie kosztów nagminnych malwersacji.



2



Jak wiadomo, statystyka jest podstawą rozumnego planowania. Ĺšródłem wiedzy o zjawiskach i zagrożeniach. Rejestracja zagrożeń pomaga zorientować się w potrzebach i rozmiarach udzielanej pomocy. Finansowych lub medycznych.



Choćby dlatego warto mieć rozeznanie w ich wielkości, wiedzieć na pewno, gdzie występują najczęściej i jak im zaradzić. Rejestracja pozwala więc na oszczędne gospodarowanie środkami. Nie na oko", w przybliżeniu, orientacyjnie. Ale czy wiemy ile czego na co przeznaczyć? Nie.



3



Od lat piszę do osób odpowiedzialnych za bagatelizowanie tych badań i od lat nie mogę nikogo przekonać do ich potrzeby. Wszyscy odsuwają od siebie jakiekolwiek racjonalne motywacje. Lecz że ze mnie uparty człek, pomyślałem sobie o UE i jej dotacjach. Skoro my sami nie możemy sfinansować wspomnianych badań, to może przy pomocy unijnej sakiewki jakoś uda się przezwyciężyć mentalne bariery?



4



Przedstawiam (do ewentualnego wykorzystania) wstępny (podany dyskusji i uzupełnieniom) projekt ankiet. mogących być pod­stawą szczegółowych i profesjonalnych badań dotyczących ludzi chorych i niepełnospraw­nych:



a) wiek



b) stan cywilny(czy mieszka samotnie)



c) wykształcenie (jaki jest wpływ choroby na kwalifikacje zawodowe??)



d) rodzaj schorzenia



e) kto pomaga: instytucje rządowe np. PFRON -, pozarządowe, nikt,



f) zainteresowania (teatr, film, telewizja, radio, muzyka, malarstwo, sport itp.)



g) liczba chorych zdiagnozowanych według specyfiki schorzenia (np. głusi, niewi­domi, cukrzycy)



h) stopień inwalidztwa



i) rodzinaj) dochód na rodzinę



k) czy wymaga opieki (jakiej)



l) środki utrzymania (wysokość ewentualnych zarobków, renta, zasiłek, praca)



m) sposób poruszania się (samodzielnie, tylko z opiekunem, po mieszkaniu, po ulicy)



n) warunki lokalowe (bariery w domu, osobny pokój, przystosowywana łazienka. Je­żeli nie posiada, to dlaczego)



o) dostęp do lekarstw, przychodni zdrowia, szpitala, sanatorium, lekarza - specjali­sty, psychologa



p) rodzaj stosowanej rehabilitacji



q) potrzeby i oczekiwania (pod adresem jakich instytucji powinny być kierowane)



r) liczba chorych objętych programami pomocowymi



s) czy placówki zdrowia (szpitale, przychodnie) dostarczają dane liczbowe o ilości chorych poddawanych leczeniu



t) czy pomiędzy przychodniami, a szpitalami istnieje wymiana informacji na temat liczby przewlekle chorych



u) Czy dane służby zdrowia dotyczące zaleceń sposobu udzielania wszechstronnej pomocy ludziom niepełnosprawnym docierają do służb odpowiedzialnych za pomoc społeczną?



Marek Jastrząb