reklama
4
Dla wielu ludzi październik kojarzy się z wieloma rzeczami. Jednym z nabożeństwami różańcowymi, innym z rewolucją październikową a jeszcze innym z miesiącem oszczędzania. Natomiast uczniom, tak jak pozostałe dziewięć miesięcy w roku, kojarzy się ze szkołą.

W październiku tyle się działo w "głównym nurcie" życia szkolnego (i akcje z toaletą i dzień nauczyciela), że takie drobne zdarzenia na lekcjach umykały gdzieś na dlaszy plan. Niemniej dwa wypadki warto odnotować. O dziwo nie brał w nich udziału Łukaszek. Główne role zagrali Gruby Maciek i okularnik z trzeciej ławki.

Pierwszy zdarzył się na języku polskim. Młoda pani od polskiego była chora i wyjątkowo zastąpiła ją inna pani od polskiego, taka starsza. Nastąpiła standardowa wymiana pytań i odpowiedzi. Pytania dotyczyły przerabianego akurat materiału, a odpowiedzi były wykrętne.

- Uczyć wam się nie chce! - pani od polskiego palnęła pięścią w stół. - Kiedyś to dzieci na wsi chodziły dziesięć kilometrów do szkoły i to zimą i to boso! A dzisiaj, dzięki elektryfikacji wsi i akcji oświatowej władzy w latach powojennych macie bardzo dobre warunki do nauki.

- Eee tam... - ziewnęła klasa.

- Co "eee tam"?! - zdenerwowała się pani nauczycielka. - Jak będziecie w starszych klasach przerabiać pozytywizm to zobaczycie jak wtedy ludzie żyli! Z głodu umierali, suchoty ich wyniszczały, oczy sobie niszczyli przy lampkach naftowych na poddaszu... - i pani nauczycielka zaczęła streszczać tak kultowe pozycje literatury polskiej jak "Kamizelka" czy "Janko Muzykant".

Gruby Maciek puszczał to wszystko mimo uszu. Czytał pod ławką recenzję jakiej fantastycznej gry, gdy usłyszał coś co go zaciekawiło. Przerwał czytanie i rozjerzał się po klasie. Część dzieci płakała, część w przerażeniu patrzyła na panią od polskiego. Pani od polskiego chodziła po klasie i czytała na głos nowelkę "Antek". Akurat był to fragment gdy chorą Rozalkę wkładano do pieca na trzy zdrowaśki.

"Trzy zdrowaśki odmówiono, deskę odstawiono. W głębi pieca leżał trup ze skórą czerwoną, gdzieniegdzie oblazłą."

- Pani też w to grała? - odezwał się Gruby Maciek. Pani od polskiego zatrzymała się. Zapadła cisza, przerwana jedynie odgłos wymiotowania. To dziewczynka, która zawsze odzywała się jako pierwsza dostała torsji.

- Grała? W co? - spytała pani od polskiego.

- No jak to w co?! W "Wiejski Kombat"!!! - zadudnił Gruby Maciek. - Tam się walczy z różnymi takimi i jak się spali stodołę i podejdzie zombie sołtysa...

- Zombie sołtysa???

- No, bo sołtys jest bossem pierwszego levelu i ginie, ale dalej chodzi po wsi jako zombie. I jak się go przytrzyma w tej płonącej stodole to on właśnie ma potem taką czerwoną skórę...

- Jak możesz! - huknęła pani od polskiego. - Jakieś durne horrory! Te gry komputerowe to nic tylko przemoc i to bezsensowna przemoc! A ja wam tu czytam najpiękniejsze fragmenty polskiej literatury!

- Ale widocznie w grach też jest literatura! - upierał się Gruby Maciek. - Choćby ta spieczona na czerwono skóra trupa!

I Gruby Maciek zaczął opowiadać co się dzieje na następnych poziomach gry. Dziewczynka, która zawsze się odzywała się jako pierwsza zasłabła, a pani od polskiego zaczął się cofać obiad. Była straszna awantura, o mało nie wezwano rodziców Grubego Maćka do szkoły.

Druga akcja miała miejsce na religii. Ksiądz przeczytał dzieciom fragment ewangelii odnośnie kuszenia. Jak to szatan pokazał Jezusowi cały świat i obiecał go w zamian za ukłon.

- Pamiętajcie, aby nigdy nie ulegać gdy kusi was los, bo to może być szatan! - ostrzegł klasę ksiądz. - Nie gdyby oferował cały świat, ale gdyby w zamian za ustępstwa moralne można było otrzymać nowy telefon komórkowy to też nie wolno!

- A ksiądz by dał radę? Nawet za najnowszy telefon? - padło pytanie z klasy.

- Pfff... - ksiądz skrzyżował ramiona i wydął lekceważąco wargi.

- A za super chatę?!

- Pfff... - powiedział ksiądz z uśmiechem na myśl o swojej plebanii.

- A za super brykę?!

Księdzu lekko drgnęła brew bo został trafiony w czuły punkt, ale zdania nie zmienił.

- A za bogactwo?!

- Pfff...

- A za paszport?!

- Który to powiedział?!!! - nagle ksiądz strasznie się zdenerwował. Wstał blady okularnik z trzeciej ławki i zaczął dukać:

- To nie ja, to mój stary! Bo on powiedział, że za co jak za co, ale za paszport to każdy czarny by sprzedał nawet swoją du...

I nie dość, że okularnik nie dokończył zdania to jeszcze dowiedział się, że jego ojciec jest sfrustrowanym człowiekiem, który sam niczego nie dokonał i teraz zazdrości innym, a tak w ogóle to jego ojciec nie jest człowiekiem tylko szatanem.