reklama

Heniekb

0 Following 0 Followers
8
Wykształcenie wpływa na poziom życia. Wykształcenie umożliwia zadawanie pytań, poszerza wyobraźnię, zwiększa horyzonty. Można powiedzieć w skrócie: pobudzanie w kimś chęci poznania, zaszczepianie w nim ciekawości, wrażliwości, bezustannego głodu na świat, tworzenie mu warunków do zdobywania wiedzy, jest...u c z ł o w i e c z a n i e m. Procesem nieustannego rozwoju. Nauką tolerancji wobec nieznanych zjawisk, a także wobec innych ludzi.



Tyle wstępnego marudzenia.



Zobaczmy teraz, co dzieje się z tymi, którym los odmówił szansy intelektualnego rozwoju.



Nau
Read More
ka zostaje przerwana. Z różnych powodów: z braku ciekawości, z nadmiernego lenistwa, balangowego charakteru, pychy, umysłowej apatii może.



Przestajemy interesować się dalszym kształceniem, rzucamy szkołę, mamy gdzieś studia, zaczynamy uprawiać tak zwaną samodzielność, pędzić niezależną wegetację, latać własnymi drogami. W konsekwencji rodzą się nasze problemy z otaczającą rzeczywistością.



Coś tam odczuwamy, lecz nie wiemy, co. Brak nam słów, skojarzeń, nie umiemy określić, zdefiniować swoich marzeń, tęsknot i realnych pragnień. Czegoś byśmy chcieli, lecz konkretnie czego, nie potrafimy wyrazić, nie wiemy, jak nazwać to, co widzimy, co nas boli.



To, jak postępujemy i kim jesteśmy, zależy od środowiska, w którym przebywamy. Jeżeli od urodzenia byliśmy uczeni niepoznawania innego świata, prócz świata pozorów, prócz złudzeń powstających z lęku, jeśli wegetowaliśmy pośród otaczających nas, z grubsza ciosanych przedmiotów i żyliśmy nie mając dostępu do prawdziwego piękna, to skąd mieliśmy dowiedzieć się, że obok intryg i egoizmu, istnieje subtelność i wrażliwość? Jak mamy być delikatni i kulturalni, jeśli nie wiemy, że pomiędzy tak uświęconymi

w a r t o ś c i a m i, jak fura, piwko i laski, istnieje Mozart i bywają niezrozumiałe tęsknoty?



Ale wystarczy urodzić się nie w otoczeniu awantur o pietruszkę, wystarczy móc chodzić do muzeum, widzieć na jego ścianach nie ramy i gwoździe, a obrazy i rozmawiać z ludźmi mającymi coś istotnego do przekazania, by dostrzec, jak wiele jest do nauki.



Są to jednak powody błahe, powody uaktywnione przez bezmyślność i nie o takich chciałbym tu rzec. Chciałbym tu rzec o tym, gdy te poznawcze procesy zostają przerwane r a p t o w n i e, gdy nie są spowodowane brakiem wyobraźni na własne życzenie, gdy dotykają ludzi chorych.



Choroba nie wybiera. Uderza na oślep i zmienia nas, niszczy, wywraca wszelkie nasze plany. Uczyliśmy się, mieliśmy przyjaciół, było z kim pogadać od serca i do rzeczy. W jeden dzień przestajemy chodzić gdziekolwiek, przyjaciele mają alergię na nasz widok, a szkoła jest utopią.



Zostaliśmy rencistami. Renta jest niewysoka, bo pracowaliśmy za krótko. Jest wystarczająco niska, byśmy nie mieli za co się leczyć. Ot, w sam raz taka, by utrzymać przy życiu - nieboszczyka.



Nie stać nas nie tylko na lekarstwa: są książki, są gazety, jest teatr, czasem dobry, czasem bylejaki, ale jest i zdrowi ludzie mogą do niego pójść. Mogą też pójść na wystawę, uczestniczyć w kulturalnych wydarzeniach, być na bieżąco.



Chorego to nie dotyczy. Chory nie ma żadnych praw poza prawem do rozkładu. Te, które są, są równie śmieszne, jak prawo budowlane. Jakie mamy wyjście? Odpowiadam: leżeć i czekać, aż się decydentom rozwidni od sufitem.



Przyzwyczailiśmy się do bezwładu i niektórym jest z tym dobrze. Dobrze im, jak nic się nie dzieje, jak nikt od nich niczego nie żąda. Prowadzą życie osiadłe, bagienne, wymoszczone świętym spokojem. Należą do sekty osób z lukami w edukacji, do kasty dygnitarzy - niewrażliwców. Do ludzi bez ikry.
7
Prezentuję autentyczny fragment wypracowania ucznia jednej z braniewskich szkół. Oczywiście nie zdradzę której, jak również nie zdradzę też tożsamości autora tego rewelacyjnego tekstu. Zapewniam jednak, że jest on prawdziwy.



Fragment wypracowania na temat Ludzie ludziom zgotowali ten los interpretacja myśli Zofii Nałkowskiej.



W obozach obozowicze dopuszczali się najokrutniejszych rzeczy, zabawiali się w kanibalizm, jedzono surowe mięso swych tak samo głodnych jak i oni głodni.

Ci, którzy zostawali w obozach mieli nieprzyjemne życie, byli często prześladowan
Read More
i. Pracowali w fabrykach, kotłowniach, gdzie nie dostawali wynagrodzenia, ponadto nie dostawali zbyt dużo jedzenia, tylko kawałek chleba i nie jestem pewien czy masła. Chodzono tam w ogolonych często na łyso głowach, ponieważ panowała plaga wszy i gnid, gryzły w głowę i często drapano się do krwi.

Moim zdaniem Niemcy w tamtym czasie byli najokrutniejszym narodem, gnębiono, zabijano ludzi. Ale zrobiono również i dobre rzeczy, mieli swoje dobre strony, na przykład w postaci mydła z ludzkich szczątków.



I to by było na tyle.
7
Gmina Braniewo. Cegiełki na granicy

Dobrowolność wymuszana?

Zapowiedziana przez wójta Henryka Mrozińskiego sprzedaż cegiełek, z której wpływy przeznaczone są na gminne inwestycje, trwa już kilka tygodni. Niewysoka cena 2 zł, a także kolorowy druk ma stanowić zachętę do składania datków przez podróżnych przekraczających granicę. Okazuje się jednak, że informacji o dobrowolności zakupu cegiełek brakuje na kwitach. Nie informują o tym także jakiekolwiek tablice, ani inkasenci.

Po obejrzeniu kwitu jest on przez funkcjonariusza Straży Granicznej przedzierany na pół zapewnia
Read More
często przekraczający granicę w Gronowie, mieszkaniec Braniewa. Pogranicznicy dopytują się o cegiełki, a sprzedający je nie informują, że wykupienie ich jest dobrowolne. Informacja nie widnieje też na żadnej z tablic ustawionych w pobliżu przejścia relacjonuje braniewianin.

Funkcjonariusze dopytują się o cegiełki tylko w celach statystycznych zapewnia mjr Franciszek Jaroński, rzecznik prasowy komendanta WarmińskoMazurskiego Oddziału Straży Granicznej. Robimy to na prośbę wójta Mrozińskiego.

Nie wiadomo natomiast, po co Straż Graniczna prowadzi owe statystyki. Wydrukowane kolorowe cegiełki są numerowane. O liczbie wykupujących mogą informacje wójtowi przekazywać sami inkasenci. Zaś o liczbie przekraczających granice w Gronowie chętnie informuje straż graniczna. Pytania funkcjonariuszy SG o cegiełki sugerują wielu przekraczającym granicę obowiązek zakupu. Przypomina to niedawną jeszcze sytuację w Mamonowie, gdzie nakazem władz tego miasta pobierano na granicy opłatę sanitarnoekologiczną. Działania te okazały się bezprawne i zaniechano stosowania ich.

Inny podróżny zwrócił uwagę na barierki ustawione na jezdni [po telefonie z redakcji pachołki zostały usunięte przyp. aut.] oraz ludzi sprzedających cegiełki, ubranych w pomarańczowe stroje.

Ktoś tutaj wkracza chyba w kompetencje np. policji sugeruje podróżny. Istnieją przecież przepisy mówiące o instytucjach uprawnionych do kierowania ruchem. Wiem, że należy to zgłosić i uzyskać zezwolenie.

Istotnie, sprawy te szczegółowo wyjaśnia Prawo o ruchu drogowym, a także rozporządzenia ministra Spraw Wewnętrznych i Administracji w sprawie: kierowania oraz kontrolowania ruchu drogowego. Żaden z paragrafów w/w przepisów nie wspomina o gminnych inkasentach. Wymienia natomiast zbliżoną formację mianowicie strażników straży gminnych (miejskich), ale ta w gminie Braniewo nie istnieje.

Henryk Mroziński, wójt gminy Braniewo, uważa natomiast, że forma sprzedaży cegiełek jest przejrzysta i nie posiada ona znamion wymuszania. Powiedział również, że stowarzyszenie sprzedające je nie ma obowiązku zamieszczania na blankietach informacji o dobrowolności zakupu.

Na poruszanie się naszych pracowników w obrębie jezdni mamy zezwolenie z Zarządu Dróg Krajowych powiedział Jerzy Maziarz, sekretarz gminy, jednocześnie prezes stowarzyszenia. W tym tygodniu, żeby poprawić warunki odprawy, planujemy postawić w Gronowie m.in. śmietniki oraz ogólnodostępne toalety.

Biorąc pod uwagę m.in. stanowisko wójta redakcja uważa, że badając przestrzeganie przepisów prawa powinny bliżej przyjrzeć się operacji cegiełka (mimo bezsprzecznie szlachetnych założeń), uprawnione do tego instytucje.

Krzysztof Jacek
7
Każdy z nas, gdy otwiera oczy i wstaje lewą nogą z łóżka, uświadamia sobie, gdzie jest, kim jest, co go czeka. I ogarnia go rezygnacja; jak mokra ścierka, oblepia mu świat, a wszystko jest spocone, przerażone i nie ma końca.



Zostaliśmy nauczeni pesymizmu. Do perfekcji opanowaliśmy wygodną sztukę poddawania się. Ucieczka, chowanie głowy w piach, to nasze metody ratunku, nasze chwytania się brzytwy.



Obezwładnia nas, paraliżuje świadomość bezsensu podejmowania walki. Przekonanie, że niczego robić warto, nie ma z kim, że to daremny trud.



Każdy z nas chętnie
Read More
by coś w tym swoim życiu zmienił na lepsze, każdy by był za jakąś normalnością, ale nie lubimy wybiegać przed orkiestrę, wyrywać się z przedwczesnym entuzjazmem, wolimy przyjść na gotowe, i ustalone, życzymy sobie dołączyć do tłumu, a nie do garstki, bo dołączyć się bez pewności zwycięstwa, to dla wielu z nas zbyt wielkie ryzyko.



Czekamy na sygnał, na znak. Lecz znak da późny wnuk dopiero.

...każdy z nas jest jak gdyby patriotą (jakkolwiek są i tacy, co sądzą, że bycie patriotą w czasach dzisiejszych, równoznaczne jest z byciem idiotą).
7
W koszu na stereotypy, znalazłem ten oto stenogram. Przytaczam go i życzę zdrowia przy lekturze, a w ramach odtrutki, polecam tekst pana Kokoszkiewicza.



Owsianko





Sala była wypełniona po sufit, bo każdy chciał Go poznać. Pod ścianami ustawiono klatki z brygadami antyterrorystycznymi, w krzesłach w pobliżu estrady, znajdowały się dyby na oficjalne dziejoskryby.

Na taboretach elektrycznych posadzono ludzi trudniących się wywabianiem białych plam, a na ich kolankach drzemali ludzie dzisiejszego honoru.



Wreszcie na mównicę weszło coś skwaszonego
Read More
i to coś zapowiedziało, że niniejszym inauguruje spotkanie z mile widzianym gościem. Gdy do sali wszedł On, z przedostatniego rzędu dobiegł do niego staruszkowaty głos:



Szanowny panie Żyd. Przy czym, jak nazywam pana Żyd, to nie ma w tym słowie niczego obraźliwego. W przeciwieństwie do używanego przez pana słowa Polak. W pańskich ustach i pod pańskim piórem, Polak, to synonim kanalii.



Ale pozwoli pan, że od tej dygresji, przejdę do meritum. Otóż chciałbym, by ustosunkował się pan do problemu tak zwanego antysemityzmu.



Moim zdaniem jest to zjawisko niepokojące i wydaje mi się, że z każdym rokiem zjawisko to się nasila. Mam nawet wrażenie, że im większy dystans dzieli nas od II wojny światowej, tym więcej mamy antysemitów.



Wniosek? Im bardziej zamazują się tamte karty historii i młodym trudno ustalić, kto wtedy był wróg, a kto przyjaciel, kto mordował, a kto przed kim uciekał i dlaczego, a tak w ogóle, to po kiego grzyba gadać o tych sprawach? Kogo z młodych jeszcze to interesuje?



Jak pan sądzi, czy obecny antysemityzm nie zaowocuje kompletnym wypaczeniem znaczenia tego słowa? Czy nie uważa pan, że każdy człowiek, który ma inne poglądy, niż pan, jest narażony na przyklejenie etykietki antysemity? Wroga? Czy nie jest to z pańskiej strony za duże uproszczenie? Za duża generalizacja?



Tak samo, jak wy, byliśmy ofiarami. Polacy i Żydzi znaleźli się po tej samej stronie barykady. W innych krajach okupowanych przez III Rzeszę też były represje za pomoc udzielaną Żydom, lecz były one niewspółmierne do tych, które spotykały nasz naród.



Powiada pan, ze pisze o tym w swoich książkach i być może tak jest, lecz chodzi o równoważne rozłożenie akcentów. O zachowanie proporcji. Bo z pana tekstów wynika, że jesteśmy narodem szubrawców. Podczas gdy wiadomo, że w każdym są i kanalie i uczciwi. Więc dajmy sobie spokój z tym przebaczaniem. Pamiętajmy o zbrodniach, lecz nie róbmy z nich groteski!



Jak wiemy, jest pan za poszerzaniem ogólnoludzkiej nienawiści. Opowiada się pan za ksenofobią i uważa, że międzynarodowa wrogość do wszystkiego, co przyzwoite, a zwłaszcza, co uczciwe, oraz opluwanie porządnych ludzi, powinno być zapisane w podręcznikach do miłości bliźniego.

Lubi pan do nas przyjeżdżać, ponieważ tylko w waszym kraju nazywają pana HISTORYKIEM.



W innych krajach niewielu ludzi o panu słyszało. Przyjeżdża pan do nas nie dlatego, by mówić, jak było naprawdę, ale po to, by usłyszeć od was kolejne durne przeprosiny.



Tu, u nas, jest pan szanowany i przyjmowany z rewerencjami, prawie na klęczkach. W pozostałych krajach jest pan sprzedawczyk swojego narodu i historyczna łajza, a tu, wszystko, co pan powie, uważane jest za niepodważalną prawdę. Za oczywistą oczywistość.



Co prawda jestem świadkiem tamtych wydarzeń, ale ludzi pamiętających Holocaust jest już coraz mniej. Biologia, drogi panie, sprawia, że poprzednia rzeczywistość staje się fikcją, a fikcja, z którą się pan tu przywlókł, ubiera się w szaty rzeczywistości.



Rodzą się nowi, znający TEN PROBLEM wyłącznie z historii, a starych - ubywa. Ubywa takich, jak ja, pamiętających, kto rozpętał wojnę, kto kogo mordował i wypędzał, zatem już wkrótce będzie pan mógł zasadzić Hitlerowi drzewko.





"Życie w słoiku"





Irena Sendlerowa stała się osobą powszechnie znaną stosunkowo niedawno. Tytułem Sprawiedliwy Wśród Narodów Świata została przecież uhonorowana już w 1965 roku, a swoje drzewko w Lesie Sprawiedliwych zasadziła ćwierć wieku temu.



Można jakoś wytłumaczyć jej anonimowość w czasach PRL. Jako członkini i działaczka Polskiego Państwa Podziemnego mogła wtedy liczyć jedynie na szykany władz i anonimowość.



Co jednak stało się po 1989 roku? Dlaczego jej wspaniałe życie, odwaga i poświęcenie w niesieniu pomocy żydowskim dzieciom dalej pozostawały nieznane w wolnej Polsce?

Co się w końcu stało takiego, że wielka bohaterka wyszła z cienia?



Czy stało się to dzięki wszechpotężnemu tropiącemu antysemityzm środowisku Gazety Wyborczej? A może jej postać przywrócił pamięci Władysław Bartoszewski, honorowy obywatel Izraela i człowiek kreowany na największego przyjaciela Żydów i bohatera w niesieniu im pomocy podczas okupacji niemieckiej?



Czym kierował się Pan "profesor" w czasach, kiedy "Żegota" to był Bartoszewski, a Bartoszewski to była "Żegota"?



Jedni sądzą, że to pycha i próżność, inni, że zwykły przypadek.



Jak to się stało, że podrzędny członek "Żegoty" zbierał nagrody i hołdy na całym świecie, a szefowa referatu do spraw dzieci tej tajnej organizacji, żyła skromnie, w zapomnieniu, z dala od kamer i błysku fleszy?



Pewnie do dziś by się to nie zmieniło gdyby nie amerykański nauczyciel Norman Conrad i jego uczniowie. To oni dotarli do życiorysu bohaterskiej Polki i w maleńkim jak na USA Kansas City stworzyli w 1999 roku widowisko teatralne pod tytułem "Life in a Jar" (Życie w słoiku).



Tytuł nawiązywał do sposobu, w jaki Irena Sendlerowa przechowywała dane o ratowanych dzieciach. Były to wąskie paski papieru z przybranymi i prawdziwymi nazwiskami dzieci żydowskich, umieszczane w słoikach i zakopywane pod drzewem w ogrodzie.



Przedstawienie przerodziło się z czasem w duży projekt, który zdobył olbrzymi rozgłos w USA. Powstała również fundacja "Life in a Jar" promująca postawę i bohaterstwo Ireny Sendler.



Wystawiana w USA ponad 200 razy sztuka zawędrowała w końcu nad Wisłę i w XXI wieku Polacy dzięki amerykańskiej młodzieży dowiedzieli się powszechnie o istnieniu bohaterskiej rodaczki.



Zapakowanie Ireny Sendlerowej do słoika na tyle lat nie było przypadkowe. Jej postać nijak nie pasowała do lansowanego przez środowisko GW wizerunku Polski zwierzęco antysemickiej. Przecież według dr Aliny Całej z Żydowskiego Instytutu Historycznego Zofia Kossak Szczucka, twórczyni i założycielka "Żegoty", to również antysemitka.



Propagowanie polskiej bohaterki, która uratowała 2500 najbiedniejszych żydowskich dzieci z getta musiałoby rodzić niewygodne pytania. Przecież w tak szeroko zakrojonej akcji musiały brać bezinteresowny udział polskie rodziny, księża, zakony i to na dużą skalę. Polscy obywatele musieli przecież brać udział w akcji zbiórki pieniędzy, skoro na utrzymanie każdego dziecka przekazywane było 500 złotych miesięcznie.



Każde wykrycie takiej pomocy to natychmiastowa śmierć z rak niemieckiego okupanta.



Nie da się ukryć, że działalność Ireny Sendlerowej burzyłaby misterny plan tropicieli polskiego antysemityzmu wśród polskich obywateli i w polskim Kościele. Dziś Pani Irena jest obwieszana medalami i orderami. Była nawet kandydatką do pokojowego Nobla.



Nic jednak nie usprawiedliwia nas wszystkich z tego, że jako rodacy pozwoliliśmy na jej "Życie w słoiku" przez długie lata i tego, że pozwalamy niektórym środowiskom na opluwanie nas i fałszowanie naszej wspólnej historii.



Wypada tylko ze wstydem zwiesić głowę.



Mirek Kokoszkiewicz



http://www.prawica.net/node/10314
7
Kanał Elbląski to sztandarowa budowla regionu elbląskiego przyciągająca turystów. Jeszcze w ubiegłym roku istniały plany jego rewitalizacji, co stwarzało ogromne szanse na rozwój turystyczny tego regionu. Elbląscy posłowie PO uznali jednak, że zabytkowy obiekt kunsztu inżynierii wodnej nie jest potrzebny dla regionu, który reprezentują; w sejmowym głosowaniu opowiedzieli się przeciw jego rewitalizacji.

Jeszcze kilka miesięcy temu wydawało się, że zabytkowy kanał (statki białej floty przemierzają go zarówno płynąc, jak i pokonując jego lądowe odcinki na platformach kolejowych) ma szanse
Read More
na finansowe wsparcie z funduszy pomocowych Unii. Wojewodzie Annie Szyszce udało się go umieścić na tzw. liście indykatywnej, co gwarantowało niemal pewną dotacją unijną na pogłębienie kanału, remont pochylni itp.

Anna Szyszka, pytana przed jesiennymi wyborami o projekt, stwierdziła:

On jest ze wszech miar merytoryczny, a nie polityczny. W drodze konsultacji to przedsięwzięcie uzyskało pełną akceptację społeczną różnych środowisk. Ta inwestycja może przynieść wymierne korzyści i przyczynić się do rozwoju społeczno-gospodarczego województwa warmińsko-mazurskiego. W moim przekonaniu żadne okoliczności nie mogą zakłócić jego przebiegu.

Obecnie jednak losy rewitalizacji Kanału Elbląskiego są wielką niewiadomą, bo przeciw tym planom opowiedzieli się w Sejmie posłowie PO ziemi elbląskiej. Szanse na dotacje spadły, i to drastycznie. O swoim dokonaniu posłowie Platformy poinformowali media podczas konferencji z okazji 100 dni rządów ekipy Donald Tuska.

A głosowali za tym również posłowie Platformy ziemi elbląskiej grzmiał poseł Leonard Krasulski (PiS). Głosowali przeciwko regionowi, z którego zostali wybrani. Była wprowadzona dyscyplina klubowa i żaden z nich się nie wyłamał.

Nie wiem, jakimi motywami kierowali się sejmowi reprezentanci ziemi elbląskiej z PO. Ale wiem, że będą musieli wytłumaczyć się z tej decyzji przed wyborcami w liczbie 62031 osób, które oddały na nich głos.

Posłowie PO reprezentujący ten region to (w nawiasach liczba otrzymanych głosów podczas ostatnich wyborów): Krzysztof Lisek (25548), Tadeusz Naguszewski (15577), Adam Jacek Żyliński (11835) i Miron Sycz (9075).



[cytaty za: http://dziennikelblaski.wm.pl/Poslowie-ziemi-elblaskiej-z-Platformy-Obywatelskiej-tez-byli-przeciw,41233]
7
Dbamy o siebie tyle, co nic. Leczymy się incydentalnie. Ruszamy się niewiele. Przeważnie siedzimy. Jeżeli stoimy, to tylko w korkach.



W pracy odwalamy robotę przyspawani do dwóch urządzeń: krzesła i komputera. Po pracy jedziemy do domu. W domu siadamy przed telewizorem i czekamy na obiadzik.



W przerwie na rozruch pudła z nowinami, bierzemy z lodówki zgniłą wodę nazwaną pepsi oraz na przekąskę - nędzne kilo frytek z patelni.



Po godzinie rajskiego tycia przed ekranem, stara do garów wnosi talerz ociekający cholesterolem i z kanapy przemieszczamy się na
Read More
krzesełko przy stole. Telewizor ma wygódkę w postaci pilota i nie musimy odrywać się od ukochanej kiełbaski, by zastąpić program o diecie - cud, programem o kurczakach z ropy naftowej.



Okno w pokoju mamy szczelnie zamknięte, bo słyszeliśmy w reklamie, że zepsute powietrze ma niszczący wpływ na frekwencję naszych wągrów, a cyrkulacja zaduchu zlikwiduje nam hemoroidy.



Po szczęśliwym pochłonięciu półmetrowej kiełbasy podlanej piwem, wracamy do ulubionej pozycji brzucha wycelowanego w sufit.



Po pierwszym beknięciu, patrząc na świat najedzonym okiem, zapadamy w błogi sen o świątecznej golonce po meksykańsku.



We śnie widzimy dwie tłuste i rozjuszone gicze cielęce walczące o widelec. Widelec wpadł po zęby w słoik z musztardą. Rozlega się jego rozpaczliwe wycie i budzimy cię zlani potem. By się otrząsnąć z koszmaru, przesiadamy się do komputera.



Fotelik jest mięciutki, obrotowy i dopasowany do zwiotczałego tyłka. Maszyna burczy, warczy i gwiżdże na nas, lecz jej ekran poczyna uwodzicielsko mrugać dając nam sygnał, że jeszcze żyje. Przystępujemy więc do relaksu.



Relaks nazywa się zażartą grą w coś o nic. Gra jest formą gimnastyki palca średniego. Pozostałe mają wolne.



Korzystamy, że nasze dzieciątko poszło na balangę i zaczynamy ujeżdżać.



Znajdujemy się w kartonie Pana Smoka i naszym zadaniem jest skasować mu trzy wredne głowy broniące skarbu.



Ochoczo rzucamy się do tej herkulesowej pracy. Nic to, że mamy zadyszkę i wszystkie możliwe kolki naraz. Przy elektronicznym bydlaku czujemy się wysportowanymi gladiatorami zdolnymi do niejednej krucjaty. Toteż z krzepkim jazgotem pomylonego Tarzana wyruszamy na wojnę z bajkowym niegodziwcem.



A po drodze przygód mamy w bród. Co chwilę zza węgla jakiegoś korytarza wyskakuje barczysty opętaniec z laserowym mieczem i albo się go wymiksuje do niebytu, albo gra zaczyna się od początku.



W ten sposób odpoczywamy przed pójściem do łóżka. Idziemy spać, bo pociecha wróciła z imprezki i chce dosiąść komputera, ale przed snem należy przegryźć małe co nieco. By nie budzić karaluchów, na zadartych paluszkach wsuwamy się do kuchni i zaglądamy do wnętrza lodówki.



A tam specjały, cymesy, przepychy, całe stosy kalorii, istne rozpusty i orgie smakowe! Aż strach, że tyle dobra ominie nasz przełyk, że wszystkie te słoiki, puszki i torebki nie trafią na nasz język, że nie zaczniemy ich gryźć, szarpać i rozdzierać na sztuki, bo z przerażeniem stwierdzamy, ze razem z dzisiejszą kiełbaską połknęliśmy ostatni ząb.



A ząb to był zasłużony, bo ząb mądrości! Jeszcze niejedno mięsko mógłby drasnąć, cóż, kiedy nie chciało się nam pójść do sadysty od leczenia kłów.



Szukamy winnych naszych ubytków i znajdujemy: to te słodkości, pyszotki, batony i desery pozbawiły nas szczerego uśmiechu, wymiotły z twarzy grymas wiecznego zadowolenia i dały w zamian uśmiech ponurego żula.



Często zdarza mi się widzieć człowieka objedzonego. Biedak nie ma już siły na żarcie czegokolwiek, jest po uszy zapchany jedzonkiem co najmniej na tydzień i leży jak pyton z antylopą w żołądku. Leży gnuśniejąc żałośnie, męcząc się trawieniem, ale do czasu. Do momentu, gdy znowu poczuje się głodny i gdy znowu zapragnie wziąć coś na ząb.



Nałóg ten prowadzi do otłuszczenia pompki, tubalnych wiatrów w filharmonii, ospałego samopoczucia i wahadłowych nastrojów.



Facet z puszystą aparycją, pojedynczy otyły przypadający na hektar szkieletorów, jest to problem mało szkodliwy społecznie. Robi się jednak niewesoło, gdy na jednym hektarze nieruchawych grubasów jest tysiąc.





Marek Jastrząb
7
W dzień podobny do tego, w dzień skłaniający do pogłębionych refleksji, zaczynamy zastanawiać się nad sensem swojej wegetacji, posypujemy głowę popiołem i robimy sobie rachunek sumienia.



Rachunek jest krótki, jak ten dzień i już następnego, przystępujemy do życia według starych przyzwyczajeń. Znowu powracają w nas upojne nawyki do niefrasobliwości, znowu nie przejmujemy się NICZYM i, jak przedtem, opędzamy się od natręctwa cudzych zmartwień.

2



Umówiliśmy się, że będziemy dożywotnio zdrowi, bez przerwy młodzi, na umór szczęśliwi i wprost kwitnący.


Read More
/>A przecież jesteśmy społeczeństwem coraz starszym; to, że pierniczejemy z wiekiem, jest faktem znanym od początku świata.



W czasach faraonów, Cyncynata lub Napoleona, był to proces normalny. Jednak teraz jest inaczej, teraz staramy się nie mówić o swojej starości(mówienie o śmierci CUDZEJ, przychodzi nam z mniejszymi oporami!).



O śmierci, jako biologicznej konsekwencji naszego życia, mówimy niechętnie. Tak samo, jak o pozostałych tematach trudnych, wstydliwych, pomijanych ze strachu przed prawdą.



Staramy się nie myśleć, że zdziecinnienie może dotknąć też nas. Że i nas czeka to, przed czym się bronimy. Kurczowo, lecz nadaremnie. Co jest zabawne, no bo jak człowiek, w pełni władz umysłowych, może udawać, że nie ma czegoś, jak to coś jest?